Anna Trachtenherc

„Marzec” omijała szerokim łukiem. Któregoś pięknego dnia Anna Trachtenherc dostała wymówienie z pracy.

„Rodzice zrobili mi niedźwiedzią przysługę”, mówi Anna Trachtenherc pół żartem, pół serio. Wychowała się w domu bez przeszłości, ale nie odczuwała braku. „Teraz reprezentuję wyłącznie siebie”. Po latach, szukając swojego miejsca, znalazła się na emigracji – wewnętrznej. „Jestem w zawieszeniu”.

Nie pytałam

O dzieciństwie mówi, że było piękne i zapewniło jej naiwność. Żyła w zgodzie z rodzicami, nie buntowała się. „Nie pytałam”. No może raz się zdarzyło. Miała siedem-osiem lat. Na podwórku nazwali ją Żydówką – chciała dowiedzieć się, kto to Żyd. „Rodzice potwierdzili, że jesteśmy Żydami, ale nie chodzimy do synagogi. Przeszłam nad tym do porządku dziennego”.

Czasami mama opowiadała. Na przykład, jak w jej domu rodzinnym stroili choinkę dla niani, która bardzo chciała mieć drzewko na święta. „Nasza gosposia – Leokadia – właściwie była członkiem rodziny”, mówi Anna.

„Mieszkała z nami. Kiedy rodzice zdecydowali się emigrować, przeżyła szok. Doskonale wiedziała u kogo pracuje, ale nie stanowiło to dla niej problemu, miała swoje życie religijne, a myśmy mieli swoje – bez religii. Czasami zabierała mnie ze sobą do kościoła. Rodzice nie mieli nic przeciwko. Nie cierpieli słowa »tolerancja«. Nie, że się »toleruje«, tylko ludzie są różni. Akceptujesz człowieka takim, jaki jest”.

Wigilia. Stół nakryty białym obrusem. Pretekst do spotkania.

„Zapraszaliśmy samotnych znajomych. Słuchaliśmy kolęd, dzieliliśmy się opłatkiem – jeśli ktoś przyniósł. Pod naszą choinką tata rozkładał książeczkę, chyba ze Skandynawii. Śliczny domek, do którego sam zrobił oświetlenie – lubił majsterkować. Zamiast szopki mieliśmy bajeczkę”.

Znajomi rodziców to jedyne ciotki i wujkowie, jakich miała. „Zlepek różnych ludzi. Nie zastanawiałam, czy pani Jasińska, to naprawdę pani Jasińska, czy kiedyś nazywała się inaczej. Czy to są Żydzi, czy Czesi, to mnie nie interesowało”. W szkole TPD [Towarzystwa Przyjaciół Dzieci – przy. red.] nr 5 miała po prostu koleżanki i kolegów. Po latach, podczas spotkań z emigrantami marcowymi, odkryła, że wielu z nich było Żydami. „Może to szkoły zasługa, że nie wiedziałam, kto jest kto. Nauczyciele wychowywali nas w różności”.

Nie rozumiałam

Marzec omijała szerokim łukiem. Chodziła do pomaturalnej szkoły poligraficznej, do której trafiła po niezaliczeniu pierwszego roku psychologii na UW. Dyrektor ostrzegł na apelu, że włączenie się w protest będzie karane skreśleniem z listy uczniów. „Unikałam rozruchów. Nie miałam kontaktów z aktywną, uniwersytecką młodzieżą. Bibułę, którą przez przypadek dostałam od kolegi, mama spuściła w toalecie. Chciałam skończyć szkołę, nie mogłam zawieść rodziców”. Udało się. Znalazła pracę w Wydawnictwie Szkolnictwa Zawodowego jako redaktor techniczny.

„Te sprawy”, „te historie” narastały stopniowo. W połowie lat 60. ojcu – jednemu z dwóch anestezjologów w szpitalu MSWiA – zaproponowano, żeby przeszedł na emeryturę. W wydawnictwie, gdzie dorabiał tłumaczeniami, powiedziano, żeby przestał przychodzić po pracę, że to oni będą mu ją dosyłać. Anna nie zdała egzaminu na psychologii. Wtedy myślała, że była niedostatecznie przygotowana. Po latach zdała sobie sprawę, że nie zdała prawdopodobnie z powodu pochodzenia. Po Marcu znajomi rodziców dzwonili i przepraszali, że nie mogą wpaść na kawę – bali się podsłuchów, proponowali spotkania w parku. „Byłam świetnym pracownikiem, chwalonym. Któregoś pięknego dnia dyrektor wydawnictwa wezwał mnie i nagle stałam się zła, najgorsza. Wręczył mi trzymiesięczne wymówienie”. Emigrować postanowili w 1969 roku. Wtedy zorientowała się, ilu znajomych wyjechało, ile wyjeżdża. „Tata podjął decyzję. Mama się zgodziła, bo była dobra żona. W Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej, gdzie pracowała, mogła zostać do emerytury. Cenili ją, lubili i nikt jej nie dokuczał”.

„Z pustego mieszkania wyszliśmy”. Pakowali się zgodnie z listą przedmiotów osobistych – dozwolonych. Meble rozdali, zrzekli się obywatelstwa. Każde wzięło swoje książki. Literaturę, którą potrafi czytać między wierszami, pisaną językiem, o którym Anna mówi, że ma go we krwi. Brzechwa, Tuwim łączyli ją z kończącą się wtedy młodością. „Nie rozumiałam, co to znaczy zostawić wszystko za sobą”. Książki przekazała ostatnio polskiej szkole w Göteborgu. Ubranka z dzieciństwa oddała Muzeum POLIN. Choć mówi dziś, że rzeczy nic nie znaczą, liczą się ludzie, broszkę po mamie zostawiła. Ślad egzystencji, pamięć w przedmiocie, dotknięcie przeszłości. „Miałam niewiele, a zostało jeszcze mniej”.

Nie tęskniłam

„A nie mówiliśmy?”, usłyszeli od rodziny z Izraela, kiedy wyjeżdżali. W 1966 roku Anna była u nich z wizytą, dzieliła się miłością do Polski, w zamian słyszała: „Czekaj, pewnego pięknego dnia powiedzą ci, że wcale Polką nie jesteś, żebyś się wynosiła”. „Dlaczego? Co ja komu zrobiłam?”, zdarza się jej zastanawiać. „Logiki w tym nie ma żadnej. Byliśmy kozłem ofiarnym”.

Na granicy niektórzy z celników wstydzili się za to, co się dzieje. „Gdyby nas zwymyślano, byłoby łatwiej”. „Ale też czułam, że inni mieli satysfakcję, że nareszcie pozbywają się «tałatajstwa». Otwierali skrzynie, dotykali wszystkiego. Pewnych rzeczy człowiek nie chce pamiętać”.

Na szwedzkim nabrzeżu, w Ystad, do którego dopłynęli ze Świnoujścia, mama rozpłakała się. Wieczór, walizki, gdzie jesteśmy, co dalej. „Zareagowałam opryskliwie. Wytknęłam, że przypomina mi postać takiego płaksy ze Ślubów panieńskich – grałam w szkole Klarę. Teraz trzeba się skupić, działać”. Pomogła gmina żydowska. Skierowano ich do „pośredniaka” i na kurs szwedzkiego. Dostali paszporty „nansensowskie” – bezpaństwowców, i mieszkanie w miasteczku między Göteborgiem a Sztokholmem. Ojciec po roku pracował w zawodzie. Sześćdziesięciolatek latał jak młody lekarz na nocne dyżury, żeby dostać odpowiednie papiery. Mama prowadziła dom. Pustkę, którą odczuła, okupiła depresją. Polski adres rodzice wykreślili.

„Mój kraj mnie wyrzucił, więc nie tęskniłam”. Anna zaczęła nowe życie. Podjęła studia, uczyła rosyjskiego, potem zatrudniło ją Volvo. „Pracowałam, nie miałam czasu się zastanawiać. Reprezentowałam firmę, markę, Szwedka byłam”. Słyszała: „Może i jesteś Szwedką, ale duszę masz słowiańską”. Związała się ze Stigiem, miejscowym z dziada pradziada, nigdy nie pytał jej o pochodzenie. Niedawno zainteresował się za to jego siostrzeniec, osiemnastolatek. Zadaje wiele pytań. Może dlatego, że temat uchodźców w Szwecji stał się teraz jednym z ważniejszych?

Anna oburza się, kiedy słyszy, że powinna być wdzięczna Gomułce. Zarówno w Szwecji, jak i w Polsce przekonywano ją, że dostała się do lepszego, łatwiejszego życia, że ominął ją stan wojenny, kolejki, braki. „Nie jestem wdzięczna reżimowi. Materialnie może i było lepiej, ale odcięto mnie od korzeni”.

Nie wiem

Kiedy skończyła siedemdziesiąt lat, zaczęła zastanawiać się, co by było gdyby. Gdyby nie wyjechała, czy miałaby swoje miejsce na ziemi?

Wracała etapami. Pierwszy raz w 1996 roku, po śmierci mamy: „Nie miałam komu opowiedzieć, że byłam w Polsce”. Przyjechała nie do końca dla i do siebie – w delegację, na wybrzeże. Gdynia miała dla niej smak banana. W dzieciństwie na wycieczce z rodzicami spróbowała po raz pierwszy owocu, który do portowego miasta dopłynął wcześniej niż do stolicy. Tym razem wyjeżdżała z zapachem kiełbasy. Wrażenie zrobiły na niej wybór wędlin i życzliwość sprzedawczyni. Do Warszawy dotarła kilka lat później. „Niby to samo a jednak inaczej”. Dopiero niedawno pojechała pod dom przy ulicy Odyńca, gdzie mieszkała z rodzicami. Niedawno też odkryła Będzin, miejscowość, z której pochodziła rodzina matki.

„Żałuję, że tyle lat za późno. Spotkałam tam ludzi, którzy wiedzą, kto to byli Potokowie. Kojarzą wytwórnię olejów i margaryny »Potok i Synowie«”. Przez pamięć innych poczuła więź z przodkami.

„W Polsce kontynuujesz rozmowę, gdzie ją zakończyłaś”, powiedział znajomy, podczas kolejnej z wizyt Anny.

„Dom jest tam, gdzie są ludzie. Odczuwam brak sieci rodzinnej – z garstką, którą mam, czuję się bardzo związana. Nie wiem, gdzie jest mój dom”.

Karolina Dzięciołowska
Na podstawie wywiadów z Anną Trachtenherc zrealizowanych przez Małgorzatę Kozerę i Przemysława Kanieckiego

Współorganizator

Mecenas

Wsparcie

partner instytucjonalny