Gabriel Lawit

Gdy ktoś do mnie mówił „ty parszywy Żydzie”, odpowiadałem: „Żydem jestem, a za »parszywy« dam Ci w mordę”. Wyposażony w świstek, który stwierdzał, że nie jest obywatelem polskim, Gabriel Lawit wyjechał do Danii.

Garnek

Spakował garnek, dziesięć kartonów książek, gitarę i połowę serwisu po mamie.
Garnek – talizman z syberyjskim rodowodem.
Książki – z dziedziny fizyki, m.in. o teorii względności, zwłaszcza tego kim się jest i skąd się pochodzi.
Gitara – czyniła z właściciela włóczykija, barda.
Serwis – dozwolona przez prawo połowa kompletu na dwunastoosobową rodzinę, którą stracił zanim się urodził.
Urzędnicy nie wdawali się w dyskusje w oparciu o przetrząsane lektury. Połowa serwisu nie wzbudziła zainteresowania. Tylko syberyjski fant intrygował.

„Stukali, pukali w ten garnek celnicy, może srebro w środku i ze złota/ gdy mi rewizję robili na granicy/ bo kto stary garnek przemyca/ idiota”.

„Właściwie jestem Gabriel Ławit. Jak wyjeżdżałem do Danii, to tak wiało, że mi to „Ł” zwiało i zostałem Lawit”, żartuje w wywiadzie dla Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Imię nosi po dziadku sklepikarzu z Łodzi. „Spotkałem matkę kolegi w Kopenhadze. »Ławit? Do Ławita, chodziło się po masło. Pakowali z wstążeczką!«”.

Łódź zna z opowiadań rodziców i z Tuwima. Z braku butów zimą mama nie chodziła do szkoły. Z braku miejsc dla Żydów na studiach medycznych w Polsce stomatologię ukończyła we Francji. Ojciec – absolwent chemii we Lwowie – szukał pracy u żydowskich przedsiębiorców, ci jednak dbali o samopoczucie polskich robotników. Żyd mógł być właścicielem, ale nie bezpośrednim przełożonym. Majstrów zatrudniali niemieckich.

Gabriel od dziecka chłonął cudze historie. Zapisuje je w piosenkach i rejestruje obrazem. „Kupiłem kamerę, żeby filmować wnuki, zacząłem nagrywać nią również rozmowy”. W Dani, Szwecji, Ameryce, Izraelu słucha dla zachowania pamięci Żydów polskich. „Ludzie szybko umierają, ja też już jestem historia”.

Tam, gdzie się urodził w październiku leżał już śnieg. W Orsku lub Magadanie. W szpitalu bez okien leczyli go na zapalenie płuc. Tam też „urodził się” ów garnek.

Gabriel śpiewa: „Grzali w tym garnku wodę, naparzając siedmiorakie zioła/ gdym dystrofiik dożyć nie miałem do niedzieli/ lecz przeżyłem. Garnka, czy też Boża wola?”.

Podczas gdy rodzina w Łodzi ginęła w getcie, na wschodzie – w lepiankach, w kołchozie, w kopalni złota – mama Gabriela ratowała sowietom zęby a ojcu życie stomatologicznymi znajomościami. Aż do dni, kiedy zwiększone racje chleba zwiastowały koniec wojny.

Z pieśni Gabriela: „Bo nabierali w ten garnek trochę postnej zupy do Polski wracając w wagonach bydlęcych/ przy torach spalone miasteczka i trupy/ jakby świat się nie miał odrodzić więcej”.

Wrócili do Polski w 1946 roku. Prócz dywanów, po których stąpali nowi lokatorzy, w Łodzi nie znaleźli przeszłości. „Nie będę chodzić po tych ulicach”, powiedziała mama i pojechali dalej.

W Dzierżoniowie po miejscowych niemieckich Żydach została synagoga i świadkowie ich nieobecności – Niemcy. Choćby właścicielka gabinetu dentystycznego, który upatrzyła i przejęła później matka. Zżyły się zanim tamta wyjechała. „Mama to była maszyna do zarabiania pieniędzy. Trzy posady i obiad w domu. Pacjentów rozpoznawała po zębach. «Jak pan się nazywa? Niech pan otworzy buzię. Już wiem»”. Chłopi, którzy się u niej leczyli, przy okazji prosili o rady, pomoc. Wysłuchiwała. Ojcu, który miał czas, zlecała, pisanie podań. Bo ojciec głównie leżał. Razem z wojennymi wspomnieniami dopadły go zawały. Siedmioletni Gabriel jechał do profesora we Wrocławiu konsultować EKG. „Zazdrościłem innym, że w piłkę grają, że mogą zapraszać do siebie kolegów. „Tato śpi, tato odpoczywa” – mówiła matka. Znosił ojcu książki z biblioteki – poza nauką w szkole TPD [Towarzystwo Przyjaciół Dzieci] i to była jego edukacja. „«Dlaczego siedzicie w takiej dziurze?» – pytałem rodziców, miałem pretensje”. A rodzice czuli się tam bezpiecznie. Namiastkę wielkomiejskiego życia zapewniały przedstawienia jeleniogórskiego teatru objazdowego. Żyli wśród rzemieślników, handlarzy. „Z tych, co po polsku nie umieli mówić, wyśmiewałem się jak lepszy antysemita. Ojciec znał żydowski, biblijne historie opowiadał zamiast bajek, ale nie chodził do synagogi. Z religijnymi nie chciał mieć nic wspólnego.”.

„Kiedy do mnie mówiono «Ty parszywy Żydzie», odpowiadałem »Żydem jestem, a za „parszywy” dam ci w mordę«. Nie miał problemów z tożsamością. Nie szukał jej choćby w TSKŻ-cie – „Judenracie”, jak mówił ojciec. „Raz pojechałem na kolonie do Poronina i doznałem objawienia. Koledzy ze szkoły głównie w piłkę grali, a tam spotkałem oczytanych laureatów olimpiad. Jednak szybko mi przeszło – za dużo zarozumialców z Warszawy”. Po latach wspomnienie to wróciło do niego z refleksją, czy los przechodzi z rodziców na dzieci. Śpiewając, pytał: „Gdzie są te dzieci tych komunistów, co za sanacji głód, strajk, więzienie, najlepsze lata – pisanie grypsów, na sprawiedliwość mieli nadzieję? Czy nadal walczą o lepszą sprawę, czy też organizują strajk głodowy, czy może nadzy żebrzą na bruku New York czy Warszawy?”.

Gitara

W sześćdziesiątym ósmym był na piątym roku fizyki. Dziady nie były dla niego powodem do robienia rewolucji. Ważne było fajne dziewczyny na rajdy brać i egzamin dobrze zdać. Mówi, że to najlepsze lata jego życia. „Do dziś, jak przyjeżdżam do Wrocławia, zdarza się, że ktoś woła mnie z drugiej strony ulicy. Miasto to nie są mury, to ludzie i wspomnienia, świat, który tworzysz w głowie”. Z gitarą przy ognisku, pod żaglami na szlaku, wśród przyjaciół.

Oczywiście brał udział w strajku – Majka, przyszła żona, śmiała się: „Rajd sobie zrobiliście na uniwersytecie. Koczowaliście w śpiworach”. I szybko zorientował się, że znaleźli winnych buntu, zanim zaczęli ich szukać. „Mamę przepytywał milicjant w cywilu, czy jestem dobrym synem, bo widziano mnie w bójce w knajpie. Polowali na Żydów”. Polska była jego i tu planował karierę naukową. „Antysemityzm »ludowy« tolerowałem – z nim można było żyć, to był wyraz pogardy albo zazdrości. Natomiast to, co działo się po Marcu, było jak za „Stürmera” [nazistowski tygodnik propagandowy – przyp. red.]”. Te hasła, demonstracje, zwolnienia. „Czułem się jak mały, biedny Gabriel, na którego czyha cały Układ Warszawski, żeby mu dopierdolić”.

Był w żałobie po ojcu, mama chorowała na raka, poznał świetną dziewczynę. Wyjeżdżać? Nie wyjeżdżać? Mieli w Paryżu kuzyna, onkologa, poprosili o wyjazd, nie dali pozwolenia, matka zmarła. Wyjeżdżać? Nie wyjeżdżać? Skończył studia, profesor wsparł go, dostał stypendium asystenckie. Wyjeżdżać? Nie wyjeżdżać?

Któregoś dnia siedemdziesiątego pierwszego roku wezwali go na UB w Dzierżoniowie. „Co wy tu jeszcze robicie, kurwa? Jak do pierwszego września się nie wyniesiecie, osobiście obiecuję, że wam tak życie uprzykrzę, że będziecie się woleli powiesić” – powiedział porucznik o nazwisku Szlachetny. Gabriel: „Myślałem, że zesram się ze strachu. Zostawiałem groby i dziewczynę”.

Serwis

Chciał do Izraela, ale Majka… Bez stosunków dyplomatycznych mogliby się już nie spotkać. A nawet jeśli, ona straci kontakt z rodziną. We Francji uchodźców nie przyjmowali, w Szwecji już nie przyjmowali, w Dani jeszcze przyjmowali.

Spakował kartony. Porcelanę skompletował w Berlinie, gdzie przesiadał się do duńskiej przyszłości – drugą połowę serwisu, której nie mógł wywieźć, dostarczyli polscy przyjaciele na przejście graniczne. „W pociągu poznałem Czechów, postawili wódkę, ja kabanosy. Upiłem się. Nie wiem, kiedy dojechałem do Kopenhagi: »Już się nie bój. Jesteś wolny człowiek«, powiedzieli”.

Wątek duński rozpoczął w przechowalni bagażu – trzy korony za sztukę. Taksówką pojechał do urzędu ds. uchodźców, kolejne trzydzieści. Pocałował klamkę – w piątki pracowali do czternastej. Z osiemdziesięciu koron i pomysłów na nowe życie zostało mu dwadzieścia i numer telefonu do znajomej. Podała jakiś adres. Kamienica, ludzie z „wyglądem”. „Do you speak English?”, zaczepiał. Odpowiedział mu jakiś młody człowiek. Kiedy dogadali się, skąd przybył Gabriel, przeszli na polski. „Okazało się, że jego żona pochodziła z Dzierżoniowa”. Spał w ich łazience do poniedziałku.

„Podczas przesłuchania jeden z policjantów poczęstował mnie cukierkiem. Czarne świństwo, plunąłem dalej niż widziałem. Zawieźli mnie do pensjonatu »Ost« blisko portowej dzielnicy. Zamieszkałem z marynarzami, uchodźcami z Portugalii, amerykańskimi studentami. W obcym kraju miałem za darmo własny pokój!”.

Z tymi, którzy emigrowali z Polski wcześniej, nie bardzo miał styczność. „Młodzi nie byli w moim stylu. Ja chętnie w góry bym pojechał, na żagle, a oni po sklepach łazili”. Wyjeżdżali z Polski nie wiedząc, co to znaczy być Żydem. JCC [Coordination Committee for Polish-Jewish Youth in Scandinavia, założony przez polskich Żydów na całą Skandynawię – przy. red.] miało budować im „identity”. Gabriel zorganizował dla nich pierwszy festiwal piosenki żydowskiej. „Staremu trudniej przyzwyczaić się do duńskiej kiełbasy. Starzy spotykali się w Związku Żydów Polskich. Przyjechali dla dzieci. Nielicznym pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkom się powiodło. Matka przyjaciela, lekarka, została ordynatorem szpitala. Niektórzy dostali pracę w radio, jakichś redakcjach. Część poszła do fabryk. Schorowani dostali rentę. Większość mieszkała „U Matysiaków”. Tak nazywaliśmy stary szpital, który kupiła organizacja żydowska i przerobiła na mieszkanka. Kręcili się po korytarzach, zdarzyły się samobójstwa”.

„Przyjechałem do Danii w garniturze, a tam królowali hippisi w jeansach, luźnych koszulach”. Przeprosił się z różowymi sztruksami i starym swetrem. „Na trawnikach opalali się młodzi, pili piwo. Łaziłem na Christianię [dzielnica w Kopenhadze – przyp. red.], gdzie palili haszysz. Brud, smród, dzieci bogatych szukały wolności. Nie imponowali mi. Z Wrocławia znałem śmierdzące klatki schodowe”.

Co tydzień dostawał osiemdziesiąt koron między innymi na bilety autobusowe. Oszczędzał, chodził piechotą. „Poznałem robotnika. Wprowadził mnie do socjalistycznego klubu żeglarskiego »Fram«. Zapisałem się na kurs, to był jedyny sposób, żeby pływać. Opłatę – pięćset koron – zgodzili się rozłożyć na raty. Przywiozłem kodeks morski po polsku, otwierałem duńską wersję, uczyłem się języka”.

W Rosz ha-Szana poszedł do synagogi. „Przestrzeń wypełniona ludźmi. W Dzierżoniowie z trudnością zebrałem dziesięciu Żydów do odmówienia kadiszu za ojca. Duńscy Żydzi bali się nas, tej dziczy ze wschodu, Duńczycy nie interesowali się tym, co się dzieje w Polsce. To nie był kraj dla tych, którzy chcą rozwinąć skrzydła, ale gwarantował spokojne życie. Większość marcowych [emigrantów – przyp. red.] pojechała karierę robić do Ameryki. Dwa, dwa i pół tysiąca ludzi może zostało”.

Po miesiącu dostał azyl.

„Nadeszła zima, marzłem do szpiku kości. Grzałką robiłem herbatę w wazonie. Tęskniłem za kolegami, Majką”. Kupił kurtkę „emigrantkę”, zieloną parkę, usiłował jak inni upodobnić się do Duńczyków. Na kursie językowym dla uchodźców lektorzy uświadamiali go, czym jest komunizm, jak klasa robotnicza w Dani cierpi. „Chodziłem z podaniami o pracę. W instytucie matematyki szukali kogoś do obsługi komputera. Przyjął mnie brodacz w pokoju z portretem Lenina na ścianie. »Co ten bandyta tu robi?«, zapytałem. Bawili się w komunistów. Uważali, że powinniśmy zostać w Polsce i budować socjalizm. Nie dostałem pracy”. Znalazł zatrudnienie w fabryce puszek do konserw. Na taśmie, w gorącu i smrodzie. Poza nim Turcy, majster był Duńczykiem. W kolejnym miejscu – fabryce farb drukarskich – naklejał etykiety, wcześniej je wypisując. Znajomy podpowiedział, żeby zapisał się na nowy kierunek studiów – datologię [nauka o analizie danych statystycznych– przyp. red.]. „Świat nie potrzebuje przeciętnych fizyków, zrezygnowałem z myśli o karierze naukowej. Zajęć było niewiele, zrobiłem dwa lata w rok. Przeprowadziłem się do akademika, we wspólnej kuchni zawsze ktoś cos pichcił, czułem się mniej samotny”.

Na dziewczynę czekał dziesięć miesięcy. „Po nocach cały czas mówię jej imię. Nazywała się Maria, ale od studiów mówiliśmy Majka. Korespondowałem z nią maczkiem, żeby nikt nie dowiedział się o naszych planach”. „Zostawił cię Gabryś, wyjechał”, mówili jej. „Żona była Łemkinią. Poznaliśmy się na zimowisku w sześćdziesiątym ósmym, dziewiątym. Pięknie śpiewała. Chodziliśmy ze sobą, ale w jej oczach nie mieliśmy przyszłości. Łemkowie żenili się między sobą.

„Byliśmy z dwóch niepolskich biegunów. Jej mama do końca chyba mnie nie zaakceptowała. »Żyd? Nieważne, że Żyd, ale dlaczego do kościoła nie chodzi?«. Moja mama też nie była moim wyborem zachwycona. Jeszcze mnie swatali z Żydówkami. Bogaty pułkownik z Wrocławia szukał męża dla córek. Ludzie martwili się o dzieci. Znałem takich, co żenili się tuż przed wyjazdem, żeby było raźniej”. „Bo w tej złowrogiej, mrocznej dobie – swój swojemu zawsze bliższy” – napisał Gabriel w jednej ze swoich piosenek.

Żona Gabriela pozostała polską obywatelką. Później, kiedy wyrabiała paszport konsularny w polskiej ambasadzie, tłumaczyła: „Wyszłam za mąż za cudzoziemca”. „Co to za cudzoziemiec? Żyd z Polski”, komentowali. Odwiedzała rodzinę. Pojechałem z nią na pogrzeb matki. To był osiemdziesiąty rok. Bałem się”.

Piosenkę „Gojki” poświęcił tym, którzy „poniewierają się” z Żydami po świecie. Zainspirowały go wspomnienia koleżanki o matce. Jej tato, Żyd, ożenił się z Polką. On się ukrywał, a matka zadbała o żydowską tożsamość dzieci. Po ‘68 osiedli w Izraelu. „Z dala od swoich, i wyklęta nauczyła się żydłaczyć/ opłatek ze mną dzieli w święta i dzieli ze mną los tułaczy” – śpiewał o własnym małżeństwie. „Dobrze nam się powodziło”.

Dzieci adoptowali. „Moje dzieci są koreańskie. Moje wnuki są jamajkańskie. W Europie narastają problemy. Z jednej strony arabscy terroryści, z drugiej faszyści. Mnie już nic nie zrobią, ale moim dzieciom? Czemu ludzie opuszczają swój kraj? Bo chcą mieć lepsze życie. Ale ile można uciekać?”.

Serwis na wielkie święta wyciąga. Dzieci bardzo go cenią.

Karolina Dzięciołowska

Na podstawie wywiadu zrealizowanego przez Józefa Markiewicza

Współorganizator

Mecenas

Wsparcie

partner instytucjonalny

Projekt i wykonanie: NetInteractive. Wszelkie prawa zastrzeżone © Muzeum Historii Żydów Polskich 2018.

Kontakt

Muzeum Historii Żydów Polskich
ul. Mordechaja Anielewicza 6
00-157 Warszawa

tel. +48 22 47 10 300
fax +48 22 47 10 398