Leon Sfard

Mam takie marzenie. Ja chcę moją Polskę, która jest krajem otwartym dla wszystkich ludzi i która jest demokratyczna bardzo. A demokratyczna to nie znaczy, że robi to, co większość chce, tylko to znaczy, że pilnuje pewnych reguł zachowania w stosunku i do słabszych, i do mniejszości.

Historia Leona Sfarda to świadectwo bezpośredniego uczestnika wydarzeń studenckich 1968 roku. To dramat obrazujący losy dwóch generacji polskich Żydów, dla których Marzec był tragicznym finałem. Leon jest studentem drugiego roku Wydziału Matematycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Jego ojciec, Dawid Sfard, jest działaczem żydowskim, pisarzem i poetą jidysz pełniącym kierownicze funkcje w Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce. Ojciec jest głęboko zaangażowany w odradzanie życia żydowskiego po drugiej wojnie światowej. Obydwu łączy wiara, że Polska jest miejscem, w którym można budować dalsze życie. Leon Sfard zostaje aresztowany na trzy miesiące w maju 1968 roku. Dalsza działalność kulturalna i społeczna Dawida Sfarda staje się niemożliwa. W 1968 roku Leon Sfard wraz z rodzicami emigruje do Izraela, gdzie mieszka do dziś.

Opowiada Leon Sfard.

Akt pierwszy: przebudzenie

Ten proces przebudzenia rozpoczął się gdzieś w dziesiątej klasie. Ja nie miałem wtedy jakiegoś  takiego nerwu do gry politycznej, do akcji politycznej, do zrozumienia nawet głębszego, gdzie ja jestem. To znaczy: przyjmowałem ten  komunizm, jako coś, co jest dane od natury. To nie jest rzecz, którą można zmienić. Ja mogę być niezadowolony, że Ziemia jest okrągła. Ale ona jest. I już. Nie mogę nic zrobić. Potem zacząłem chodzić do Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. Tam nawiązałem kontakty i znajomości oraz przyjaźnie z nowymi ludźmi. Ludźmi, którzy wzbudzili moją wyobraźnię polityczną. Zacząłem myśleć o tym, zacząłem czytać książki na ten temat.

Wtedy, w 1965 roku, Episkopat Polski pisze list do biskupów niemieckich. A to nie było wcale oczywiste. Ja na przykład, na początku, jak usłyszałem o tym liście, to byłem wściekły. Co im, im przebaczacie?! Oni wymordowali cały naród żydowski, a wy im przebaczacie? Zanim zrozumiałem głęboki sens tego listu, musiało minąć dużo czasu. Zanim zrozumiałem, że było w nim coś głębokiego: że chodźmy, przestańmy ciągle myśleć o tym, co nas dzieliło i od tego zaczniemy…

Wcześniej tego typu rozumowanie było dla mnie niemożliwe. Nagle, ja zacząłem myśleć o Polsce innymi kategoriami. Ja mieszkałem w Polsce, poruszałem się w polskich realiach, to było tło – rzecz dana. Używałem wszystkich narzędzi, jakie mi Polska dawała, żeby żyć, mieć przyjemność i radość z życia. A nawet, żeby mieć jakieś  intelektualne przeżycia. Ale nie myślałem o Polsce. Nie wspiąłem się na jeszcze jeden szczebel powyżej tego pułapu, aby pomyśleć  „Czym jest ta Polska?”, „Czym jest ten reżym?”, „Gdzie ja żyję, w czym ja żyję?”. Chodzi o przejście do takiego metadyskursu, dzięki któremu popatrzyłbym na to wszystko z góry. Po prostu, przebudziła się u mnie taka świadomość, że nie należy brać rzeczy jako oczywistych, for granted – nie należy ich przyjmować bez krytycznego myślenia. I ja nagle zrozumiałem, że właściwie wszystko, co przychodzi do mnie – każda wiadomość, każda informacja, musi się spotkać z moim krytycznym odbiorem. Często czytałem Trybunę Ludu. Lubiłem czytać gazety. Tak więc, już w dziesiątej klasie, wszystko co „Oni” mówili  („Oni” czyli władcy Polski) było przeze mnie krytycznie analizowane. Widziałem dużo więcej kłamstw, dużo więcej obłudy. Zacząłem odczuwać – chyba po raz pierwszy w moim życiu – ten ohydny język tego reżymu. Język partyjny. Ten specjalny żargon nasiąknięty kłamstwem, obłudą, i demagogią.

Akt drugi: list

Wtedy, na początku 1968 roku, myśmy nie mieli programu działania, nie było żadnej organizacji, nie było hierarchii. List Kuronia i Modzelewskiego to było pierwszy raz, kiedy ktoś usiadł i coś spisał. Ale programu działania nie było. Jak Adam Michnik poprosił, żeby zorganizować gdzieś tam demonstrację, to to się robiło. Ludzie dokoła przyjmowali jego autorytet. Ale to też nie zawsze. Też kłócili się z nim i tak dalej. Ale to było na zasadzie autorytetu. No, to samo Kuroń i Modzelewski mieli wielki autorytet u nas. Tak więc początkowo nie było planu działania, to było raczej na zasadzie bardzo jakichś krótkotrwałych akcji.

W pewnym momencie zrozumieliśmy doniosłość tego wydarzenia, jakim był list Kuronia i Modzelewskiego. Oczywiście: zrobiliśmy wielkie zebranie, w czyimś domu, z dużym salonem. Zebrało się dużo ludzi, było ciasno, ktoś robił zdjęcia, ale myśmy na to nie zwracali uwagi.

Nie przejmowaliśmy się tym, nie próbowaliśmy niczego ukryć. Jak planowaliśmy jakąś akcje, to może tak. Żeby nam nie zaszkodzili przed tą akcją. Ale później, sama akcja, to była już zupełnie nieoczywista. Przyszli do mnie i powiedzieli: „Tutaj są ankiety. Ankiety. Takie papiery. Ankiety”. Żeby zbierać podpisy przeciwko zdjęciu z desek Teatru Narodowego Dziadów Dejmka – to pewnie nikomu nie powiedzieli, że dają te ulotki do rozdawania. Ale ja szedłem otwarcie, jak każdy z nas. Fotografowali nas. Wiedzieli. Śledzili. Nawet ja miałem wystarczająco oleju w głowie, żeby zrozumieć, że jestem fotografowany. Ale nie zasłanialiśmy twarzy. Jak widzieliśmy kamery, to się uśmiechaliśmy do nich.

Dyskutowaliśmy o tym liście. I były kłótnie. Pamiętam dyskusje. Ale, traktowaliśmy to jako coś naszego. To był list, który mówił: „Partia, bądź ludzka! Zrób to, co trzeba”. Oczywiście, to była prowokacja.  Wiadomo, że do tej Partii nie ma co się zwracać. Ale nie chodziło też o to, żeby zrobić burdę. Chcieliśmy pokazać Polsce, polskiej publiczności, że są tu ludzie, którzy nie zgadzają się z tym, co się tutaj dzieje.

Dziady były przeciwko Rosji carskiej, ale to nic nie szkodzi. Wszyscy to podłapali bardzo chętnie i oczywiście, że  ten ambasador radziecki miał rację, kiedy mówił, że tu wykorzystują coś przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Pewnie! Robiliśmy to sto razy, przy różnych innych okazjach, po prostu, żeby pokazać, że jesteśmy  i się nie zgadzamy. Bardzo ważne było, żeby ludzie nabrali trochę odwagi.

Na pewno większość Polaków nie lubiła tego systemu. Albo go nienawidziła nawet. Bardzo duża część. Ale nikt nie skakał, nikt nie krzyczał. Dlaczego? Dlatego, że to było niebezpieczne. Za to mogli wyrzucić z pracy, mogli zaaresztować. Ale chodziło o to, żeby właśnie podnieść tego ducha odwagi. A poza tym, żeby rzeczywiście dać ludziom do myślenia. Żeby pokazać, że nie wszystko jest tak, jak Partia mówi.

Ja nie myślę, że to było pierwszy raz. Uczestniczyłem już przedtem w kilku takich spotkaniach publicznych, gdzie występowaliśmy na sposób prowokacyjny. Mówiliśmy coś zupełnie odwrotnego niż Partia, niż gazety. Na przykład, mówi przedmówca z ramienia jakichś tam oficjalnych środowisk, na przykład ZMS-u. I nagle wstaje ktoś  z nas i mówi dokładnie odwrotnie. I mówi: „Słuchajcie, to nie jest tak. To jest zupełnie inaczej…”.

Akt trzeci: czyny

To było przejście do czynów. I to było dla nas niebywałe przeżycie. Nie byliśmy gotowi do więzienia, tak samo nie byliśmy gotowi na to, co się stało 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Nas pałowali, bili ciężarne studentki. W 1968 roku myśmy byli pierwsi na świecie. Ale potem, tego samego roku, w maju, we Francji też bili. I to nie mniej chyba. A myśmy byli jak niedoświadczone dzieci. Myśmy się nigdy nie spotkali z taką brutalnością i agresywnością. No, może pojedynczy ludzie –  tacy jak Adam Michnik, którego aresztowano.

Ale większość z nas była aresztowanych po raz pierwszy właśnie po Marcu.  Nigdy w życiu nie stałem przed zwartą gwardią, czy milicji, czy tych ormowców napchanych wódką i wrzeszczących potworne rzeczy. My z kolei, oczywiście, krzyczeliśmy: „Gestapo! Gestapo!”. Ale tego też wcześniej nigdy nie słyszałem. Może byłem za młody, bo w 1956 roku, w tych rozruchach, też były takie rzeczy. Ale ja nigdy nie przeżyłem czegoś takiego świadomie. To zrobiło na mnie okropne wrażenie.

Akt czwarty: rysa

I ten incydent, to był następujący: w jednym z dni po ósmym marca, my mamy posiedzenie – ja chodziłem tam codziennie, do tego Komitetu Studenckiego. Mieliśmy również taki Komitet Wydziałowy, do którego zostało wybranych kilkunastu studentów, w tym ja. Mieliśmy spotkania, na których z moim kolegą referowaliśmy –  bo myśmy we dwójkę zostali wybrani – referowałem, co się dzieje tam na górze, w tym komitecie dużym. I jest jakaś dyskusja na temat zajść, tego co się dzieje i w pewnej chwili, jeden z członków tego komitetu mówi: „Czy nie należałoby kolegów naszych, pochodzenia żydowskiego, odsunąć z aktywności i działalności na pierwszej linii frontu?”. I ciągnął dalej potem: „Żeby wytrącić główną broń z rąk Moczara i jego ferajny, że to Żydzi, zrobili całą tą hecę”.

Ja znałem wszystkich członków tego komitetu, to byli moi koledzy. „Koledzy broni” i koledzy ze studiów. Nie ma żadnej wątpliwości, że to byli ludzie, którzy mieli najczystsze intencje. Nie było tam mowy o żadnym antysemityzmie. To, po prostu, było dla dobra sprawy, to było bardzo logiczne. Ale ta logika, zrobiła głęboką rysę w mojej –  do tej pory zupełnie bezkonfliktowej – tożsamości polsko-żydowskiej.  Ja nigdy w życiu nie miałem problemu z tym. Jak mnie pytali:

 „Kto ty jesteś najpierw? Żyd czy Polak?”.

Ja zawsze mówiłem: „Co to znaczy?! A ja mam dwoje uszu. Które mam bardziej? Prawe czy lewe? To jest moja cecha. Ja jestem i Żydem i Polakiem. Co to w ogóle za jakieś konkurencje?”. Nie miałem żadnego z tym problemu. O tym, że jest antysemityzm, to wiedziałem, ale to  nie wpływało na mnie. Jak mnie, na przykład, nazwą „kapitalistyczny sukinsyn”, to ja się tym przejmę? Nie, bo ja wiem, kto to mówi i dlaczego. I nie będę się tym przejmował. A jak ktoś mi chce powiedzieć, że jestem „parszywy Żyd”, to ja też tym się nie przejmę.

Ale ta rysa. Ta rysa była takim czymś, co wszyscy antysemici do kupy wzięci, by nie mogli zrobić.  Bo niech oni sobie tam krzyczą – to w ogóle by mnie nie dotyczyło. Ale mój kolega bliski, moi koledzy, towarzysze broni, oni zostali wpakowani w taką sytuacje, w której padł ten argument, żeby studenci pochodzenia żydowskiego nie wysuwali się na front –  co było logiczne. Coś tu jest nie tak. Ja sam uważałem, że jest logika w tym, ale co to znaczy? To było tak, jak gdybym dostał obuchem po głowie. I ta rysa, również mi pomogła trochę w moich dylematach związanych z wyjazdem.

Ja mówię: „Jak ja jestem Polak pod każdym względem. Ja mogę wszystko robić. Ja jestem obywatel. Ja jestem wszystko, co chcecie. Ja znam język, kulturę, wszystko nie gorzej od każdego innego. A może nawet lepiej. To w ogóle nie ma znaczenia”. To co, że ja jestem Żydem? To w ogóle nie ma znaczenia. Tylko, że w tym kontekście się okazało, że to ma znaczenie.

Choć w innych kontekstach, to nie miało dla mnie znaczenia. Także coś w tym jest. Może ci, którzy krzyczeli – a ja byłem tak przeciwny temu – że: „Nie ma tu miejsca dla Żydów. Żydzi nigdy nie będą się czuli tu dobrze”. Ja się z nich śmiałem po prostu. ja mówię: „O jakich Żydach, Wy mówicie? A może być Polak pochodzenia hiszpańskiego. On nie ma tych problemów. Dlaczego ja mam mieć te problemy?”. Ale teraz nagle poczułem, że te głosy, które mówią: „Nie ma tu miejsca dla Żydów”, nagle jest coś, nad czym rzeczywiście trzeba się zastanowić, jeżeli mi najlepsi koledzy mówią, że ja się powinienem odsunąć w cień, bo jestem Żydem. Mówią to z dobrych intencji –  ale mówią to. To coś jest nie tak.

Akt piąty: aresztowanie

Ojciec twierdził, że jak ktoś nie może żyć w kraju komunistycznym, to niech wyjedzie. Ale jeżeli chodzi o ten element, o aspekt żydowski, nie ma powodu, żeby Żydzi polscy jechali. Nie zgadzał się z tą ideologią, że wszyscy Żydzi muszą jechać do Izraela, bo to jest ich ojczyzna. To się wszystko załamało. Oczywiście on tutaj nie mógł nic zrobić. Ale wtedy mnie aresztowali. Na początku ja myślałem:

„Okey, jestem aresztowany, jak wielu innych kolegów. I rodzice się strasznie bali, strasznie byli przerażeni. A ja nie mniej. Siedzę w więzieniu. Ja sobie pomyślałem: Boże święty, przecież ja jestem „wywrotowym studentem”. Mój ojciec jest „głównym syjonistą”. Znaczy, połączone rewizjonizm ze syjonizmem, to jest dokładnie to, co chcieli sprzedać narodowi. To był ten obraz. To są ci „rewizjoniści”, profesorowie i tak dalej i „syjoniści”, bo tam jest dużo Żydów. I wtedy sobie pomyślałem: „Boże, będzie jakiś proces taki pokazowy. A, na pokazowym procesie, ja dostanę pięć lat. Albo więcej. Nie wiem, co się stanie, ale tam powinienem dostać bardzo dużo.”

I tak myślałem cały czas, aż do wyjścia. Jak mnie wypuścili byłem zaskoczony, że mnie wypuszczają. Zupełnie nie rozumiałem, co się stało. Ale potem zrozumiałem, że „tam” była jakaś kłótnia w Partii.

Akt szósty: emigracja

Czy trzeba wyjechać? Ja bym chyba nie wyjechał, gdyby nie moi rodzice, bo ja byłem bardzo przywiązany. To znaczy, byłem bardzo związany z żydostwem, bo mój ojciec poeta żydowski. I dużo słyszałem o tym. Byłem zainteresowany, jeździłem na kolonie, na obozy. Ale ledwo rozumiałem jidysz. Mama mi czytała wiersze taty z tłumaczeniem. Byłem cały w działalności polskiej, w Polsce i tak dalej. Poza tym, uważałem, ze to jest jakieś tchórzostwo. Jakieś okropne tchórzostwo zostawić to wszystko, to całe gówno za przeproszeniem, i uciec. I pojechać sobie na Zachód. Nie wiadomo jeszcze, dokąd, co i jak. To jest dać zwycięstwo tym wszystkim antysemitom i tym wszystkim karierowiczom, którzy „zrobili” ten „marzec”. To był jeden powód. To nieprzyjemne uczucie. Drugi powód, który jeszcze bardziej mnie nękał, to było to, że ja, wyjeżdżając, zostawiam kolegów w więzieniu. Byli moi koledzy, którzy robili może więcej ode mnie, ale to nie dlatego, że ja nie chciałem, tylko tak się złożyło. Oni byli tymi głównymi liderami. Oni pracowali jeszcze dużo przede mną wcześniej i tak dalej. I bardzo byli odważni. I oni siedzieli w więzieniu, a ja sobie wyjeżdżam. To mi też przeszkadzało bardzo, bardzo. I nie mogłem sobie z tym poradzić nawet już długo po wyjeździe.

Ale była pewne okoliczności, które pchały mnie do wyjazdu. To, że moja ukochana wyjechała, kiedy ja siedziałem w więzieniu. To była córka Zygmunta Baumana. Im powiedzieli: „Wyjeżdżacie w ciągu dwunastu dni. Albo w ogóle nie dostaniecie pozwolenia więcej”. No i oni się szybko zabrali, pojechali. Jak ja wyszedłem, jej już nie było. Ale to był taki początek. I oczywiście, to jakoś łagodziło te moje rozterki do wyjechania.

Tak, więc ja w końcu mówię „tak” dla wyjazdu. Chociaż – jak wspominałem –  miałem z tym straszny zgryz. Były rzeczy „za”. To była sytuacja rodziców.  Szczególnie ojca. I to, że moja dziewczyna wyjechała. To były wszystko „za”. Natomiast „przeciw”: to, że czułem się jak człowiek, który ucieka od walki, bo zamiast zostać i walczyć, to ja uciekam. I drugie: że zostawiam kolegów w więzieniu. To były takie dwie siły, które ze sobą się zmagały.

Siła ojca była chyba decydująca. Nie mogłem mu powiedzieć „nie”. No, to było niemożliwe. On by nigdy w życiu nie pojechał beze mnie. Ale ja bym go skazał na siedzenie w kraju, w którym brakuje tlenu. Właśnie on, który walczył całe życie, który był komunistą. Takich ludzi, jak mój ojciec, to było bardzo wielu. To nie był jedyny człowiek, który tak cierpiał. Ale jeżeli mam pytanie dla ojca, to jednak, dlaczego tak długo z tym trwał?  Z tym, że nie sprzeciwił się reżymowi. No, ale on miał inny cel. On miał cel: tak długo, jak żyją jeszcze Żydzi, którzy ocaleli z wojny, dać im kulturę. Ich kulturę. Ich kulturę jidysz. Dać im gazety. Dać im książki. Dać im teatr. Ale już nie mógł tego robić w tym kraju. Nie ma wyjścia w tym kraju.  W tej sytuacji on już stracił potrzebę udawania, że jest nadal komunistą, albo że jest nadał członkiem Partii. Ja nie miałem wyjścia z powodu ojca, który nie wytrzymałby tego. Nie przeżyłby jeszcze jednego roku. On się dusił. On nie mógł żyć w tej Polsce, tym antysemityzmem, który przyszedł tym razem nie od dołu. Nie „zrobili pogrom na wsi”, tylko przyszedł od góry od jego towarzyszy, od kolegów z tej samej ideologii.

Epilog

Jestem po drugiej stronie barykady tych, którzy mówią: „Ja tam nigdy więcej nie wrócę. Oni mnie wyrzucili”.

Ja, po prostu, nie mam do Polski stosunku jak do człowieka. Polska to jest kraj, który ma swój ustrój. Jeżeli ten ustrój jest podły, to ona będzie podła dla mnie. Ale jeżeli ten ustrój jest demokratyczny i dobry, to ona będzie dobra dla mnie.

Natomiast, ja mogę mówić o kolegach Polakach, o kulturze polskiej, o krajobrazach, o mieście, o Warszawie, która była moim miejscem przez dwadzieścia lat mego życia. I ja tego nie straciłem. Uwielbiam przyjeżdżać do Warszawy. Uwielbiam chodzić po ulicach Warszawy. Uwielbiam chodzić do restauracji w Polsce, uwielbiam chodzić do teatru w Polsce. Ja bardzo lubię Polskę, Polaków, przyjaciół z Polski. Ja chcę mieć tę moją Polskę. Nie tę z okresu komunistycznego. Ja chcę moją Polskę wymarzoną, która jest krajem otwartym dla wszystkich ludzi i która jest demokratyczna bardzo. A demokratyczna, to nie znaczy, że robi to, co większość chce, tylko to znaczy, że pilnuje pewnych reguł zachowania w stosunku i do słabszych, i do mniejszości. I tak dalej. I Polskę kwitnącą … Polska jest w dobrej sytuacji ekonomicznej i mnie to bardzo cieszy. Ale trzeba walczyć o to, żeby tak dalej było. Na pewno nie opuścić Europy.

Józef Markiewicz

Współorganizator

Mecenas

Wsparcie

partner instytucjonalny