Rimma Volynska-Bogert

Myśmy chcieli zostać właśnie na tej glebie i rozwijać się, ale tak się nie stało. Nam gardło zostało podcięte w 1968 roku.

Dorastając w powojennej Polsce, Rimma zawieszona była pomiędzy światami, do których przybliżała się i oddalała, które jednocześnie przyciągały ją i odpychały. Światami żydowskiego losu. Światami przecież bliskimi i intymnymi, w których zakorzenieni byli jej przodkowie, rodzice. Światami, przed którymi Ci, którzy ich doświadczyli (je kochali i przeklinali) chcieli Rimmę ochronić. W końcu, światami, którym ponownie dano szansę na przetrwanie i odrodzenie, ale które bezpowrotnie zostały zmiecione w 1968 roku. Zmiecione z polskiej gleby. Powojenna teraźniejszość – dla jej generacji Żydów polskich, dzieci Ocalonych z Zagłady – to niespotykana nigdzie indziej (w krajach „demoludów”) możliwość przeżywania swojej tożsamości. Pomimo wszystko, pomimo hekatomby Zagłady. Utrzymania, przynajmniej częściowej, ciągłości z przedwojenną kulturą żydowską i kulturą polską.

Rimma:

Wszyscy mieliśmy bardzo głęboką świadomość tego, że nasze rodziny zginęły. Absolutnie wszyscy zginęli w obozach i gettach. Mogłabym powiedzieć dokładnie gdzie: obozie Treblinka i w getcie białostockim. Absolutnie nikt nie przeżył. Jedynie mamy życie zostało uratowane w Związku Radzieckim. Ale wróciliśmy tutaj – do Polski, z pełną świadomością tego, że jest to nasze miejsce. I nie tylko nasze miejsce. Że jest to nasz obowiązek, kontynuować życie tych ludzi, członków naszej rodziny, którym nie było dane przeżyć. Że mamy nie tylko chronić ich pamięć i chronić ich duch. Właśnie na tej glebie – to, że zostajemy tutaj było symbolicznie niezwykle ważnej. To, że nasi przodkowie żyli tutaj przez setki lat. Tak więc, pierwszym naszym obowiązkiem – po tym jak w 1953 roku umiera Stalin i można opuścić Związek Radziecki – jest dostać zezwolenie na powrót Polski i zostać w tej Polsce, bo to jest nasze miejsce. Jesteśmy Żydzi polscy.

Świat jidysz

Rimma:

Znaliśmy trochę język jidysz, jakieś zasadnicze wyrażenia. Wszyscy nasi rodzice mówili między sobą w języku jidysz. Wszystko, czego myśmy powinniśmy byli nie wiedzieć, mówiło się w jidysz. Przyjaciele przychodzili do mojej mamy. Płakali i opowiadali sobie różne historie. Wszystko w jidysz. Mało, kto zwracał się w języku jidysz do dzieci. Były takie rodziny, gdzie dzieci były częścią tego wszystkiego. Ja nie byłam. Ale ja się i tak domyślałam, o co chodzi. Nigdy nie zapomnę, jak moja mama siedzi w kącie ze swoimi przyjaciółkami i coś tam sobie szepcą, szepcą, szepcą, szepcą w jidysz… Ja mówię: „Boże, no już się naprawdę muszę nauczyć języka niemieckiego, żeby zrozumieć, co ona tam szepce, szepcze”. Ja, między innymi, dlatego poszłam na naukę języka niemieckiego. Dlatego, że chciałam wiedzieć o czym moja mama mówi. Ale nagle słyszę język rosyjski. A przecież ja się urodziłam w Rosji. Już wszystko rozumiem i słyszę, że czytają sobie „Babi Jar” Jewgienija Jewtuszenko. Czytają sobie po rosyjsku ten słynny wiersz: „Żaden pomnik nie stoi w Babim Jarze./ Oprócz kropli wątłej jak surowy pomnik nagrobny. Boję się./ Dzisiaj kiedy jestem stary/ jak wszyscy Żydzi./ Sam podobny do/ Żyda./ Tutaj haruję na ugorze starożytnego Egiptu./ Tutaj ginę powieszony, na krzyżu,/ i do dzisiaj noszę na sobie blizny po gwoździach./ Podobny do Dreyfusa. Filistyn jest zarówno kapusiem oraz sędzią./ Jestem za kratami./ Oblężony z każdej strony./ Tropiony/ pluty/ pomawiany”…

Więc ten jidysz był dla naszych rodziców ujściem. Był takim escape mechanism. Oni mogli nie przekazywać swoim dzieciom tego strasznego bólu bezpośrednio. No, ale myśmy i tak, i tak rozumieli ten jidysz częściowo. Tym niemniej, ja nie znam rodzin, nie znałam rodzin w Warszawie, gdzie jidysz byłby językiem, którym się zwracano by się do dzieci. Czyli, że on już był już jakby językiem historycznym. Ale to był język ich świadomości. Jedyny dzień wolny, który mama miała, kiedy ona nie szyła, to była niedziela. Kiedy nie siedziała z igłą w rękach. Nigdy nie zapomnę. Dzień zaczynał się od czytania „Fołks Sztyme”. Tej gazety warszawskiej wydawanej w języku jidysz. Jidysz to był jej język ojczysty. I, tak naprawdę, to ja nie mam żalu. Ja doskonale rozumiem, dlaczego tak było. Ja rozumiem, co to znaczy nie przekazywać swojemu dziecku bólu. Myślę, że dlatego izolowano nas od jidysz, że to był język ich przeszłości i strasznego bólu.

Dla pokolenia Rimmy, dorastającego w okresie powojennym, zinstytucjonalizowane formy życia społeczności żydowskiej, które działały w Polsce do 1968 roku, często kompensowały wyrwę w naturalnym przekazie międzypokoleniowym. W pierwszej kolejności chodzi o Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, organizowaną przez nie działalność kulturalną, kolonie letnie, ale także szkolnictwo żydowskie, wydawnictwo „Jidisz Buch” oraz periodyki, takie jak „Jidisze Szriftn”, „Fołks-Sztyme”.

Rimma:

Gdyby nie było teatru żydowskiego, to byśmy nie znali tej przedwojennej kultury żydowskiej. Bo, skąd mieliśmy znać? Nasi rodzice byli niemi i głusi. Oni byli strasznie przestraszeni. Oni nie mogli mówić. Nie umieli mówić o przeszłości. Myślę o tym strasznym strachu, który mama w sobie niosła. Strachu, po przeżyciu tego, co widziała i w Polsce, i w Rosji. I ten strach jakoś ją dławił do tego stopnia, że ona nie potrafiła mówić na temat przeszłości. I gdyby nie nasze stowarzyszenie kulturowe, TSKŻ nasz, i gdyby nie wszyscy młodzi ludzie, i wszyscy wychowawcy, który nieśli części kultury żydowskiej, którzy nieśli historie razem ze sobą, to ja bym nic nie wiedziała. Ja bym po prostu uczyła się tylko od mamy, że nie wolno mówić. Dlatego, że jeśli tylko otworzymy swoje usta i coś powiemy, to to grozi jakimiś strasznymi konsekwencjami. Za każdym razem, jak otwierają usta, to są konsekwencje. Te konsekwencje to są obozy, to są więzienia… Czyli, że człowiek uczy się automatycznie siedzieć cicho i nic nie mówić. Ale mama była szczęśliwa. I to mi powtarzała: że jesteśmy tutaj i tutaj jest nasze miejsce. „Chodź, pojedziemy do Warki, tam są pogrzebani są twoi pra-, pra-, pra-, pradziadkowie”. I tak dalej. „Tutaj jest ta ulica, na której ja wyrosłam”…

Mieszkająca w Warszawie Rimma uczestniczyła w kabarecie młodzieżowym, który funkcjonował przy Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce. Kabaret prowadzony przez Natana Tenebauma działał w młodzieżowym klubie „Babel” przy ulicy Nowogrodzkiej 5 oraz w Teatrze Żydowskim.

Rimma:

Kabaret prowadzony przez Natana Tenenbauma stał się przestrzenią wskrzeszenia pewnej części kultury żydowskiej, kabaretów żydowskich, satyry żydowskiej, groteski żydowskiej, szmoncesu żydowskiego. Chodziło także o to, żebyśmy byli aktywnymi członkami społeczności polskiej. W programie kabaretu było deklamowanie wierszy, śpiewanie piosenek, których autorem był sam Natan Tennenbaum oraz inni poeci polscy: Tuwim, Pawlikowska-Jasnorzewska, Władysław Broniewski et cetera, et cetera. W rozmowie telefonicznej, już na emigracji, Natan tak mi tłumaczył misję kabaretu: „Chodziło o to, żebyście wyrośli na artystów, którzy są świadomi swojej przeszłości”.

Ale kabaret był także miejscem osobistego dojrzewania. Niektóre wiersze Natana, które zostały ułożone do muzyki, były politycznie zaangażowane. I to było coś bardzo nowego dla nas, bo nie wszyscy pochodziliśmy z rodzin, gdzie polityka była przedyskutowywana. Ja na przykład – nie. Moja mama niosła w sobie ogromny strach i u mnie w domu, się nigdy nie mówiło o polityce. A tutaj, były pewne wiersze, do których nagle trzeba było się ustosunkować. Je zinterpretować i pomyśleć, o czym ja właściwie śpiewam? O czym są te wiersze? Tak, że to było wielkie zadanie. To było dorastanie. Czyli, że te wiersze i te piosenki, wymagały od nas teraz – interpretacja tych wierszy – jakiegoś podejścia. Tak? Innego podejścia, niż po prostu, akceptacja rzeczywistości. Z jednej strony, akceptujemy rzeczywistość. Z drugiej strony, mamy już swoje własne, indywidualne podejście do establishmentu. I to jest wielkie dorastanie. Ten kabaret robił z nas artystów i robił z nas też świadomych ludzi, świadomych obywateli.

Zobacz więcej: Marzec ’68: relacje świadków – wideo

Pod koniec lat 60. Rimma uczęszcza do jednej z nielicznych w Warszawie szkół języków obcych, gdzie uczy się angielskiego. W 1966 roku poznaje stypendystę, Amerykanina przebywającym w Polsce na stypendium Fulbrighta. W 1968, ponosząc konsekwencje wzrastających nastrojów antysemickich, podejmuje decyzję o emigracji. Ubiega się o możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, otrzymuje dokument podróży. Wypływa do Nowego Jorku na pokładzie transatlantyku „Batory”. Zostaje w Stanach Zjednoczonych, gdzie stara się o obywatelstwo. Uzyskuje Zieloną Kartę, podejmuje studia filologiczne na kierunkach słowiańskich, otrzymuje doktorat na Uniwersytecie Browna. Przez szereg lat pracuje jako wykładowca akademicki. Na Berkley spotyka emigranta, Czesława Miłosza.

Rimma:

Właśnie dla niego Polak, to był człowiek, który kulturowo wyrósł na glebie polskiej. Dla niego byliśmy wszyscy Polakami. Być Polakiem, to znaczy, mieć właśnie to  inne pochodzenie. Być Polakiem, to znaczy, włączać w swoją świadomość inność innego człowieka, który pochodzi z Polski. Czy to litewską, czy to żydowską. Włączać w siebie – wzbogać siebie o te inne kultury, a nie wyłącznie polską, jakąś jednolitą, katolicką. Katolicką też. To też jest część nasza. Byliśmy właśnie tym połączeniem. Jego rozumienie tego, kto jest Polakiem, a kto nie jest, na mnie miało wielki wpływ, bo ja nagle się poczułam –  bez względu na to że nas tak wszystkich „spoliczkowano” w 1968, i mnie między innymi – to ja jestem Polką. Ja jestem z Polski. I ja jestem pochodzenia żydowskiego, ale jestem Polką pochodzenia żydowskiego.

Ale ta rana, rana utraty Polski, rana tego jakby wyrzucenia. To, że ja się znalazłam w Ameryce, to było całkowicie przypadkowe. Ona się nigdy nie zaleczyła. Nigdy się nie zaleczyła. I ja funkcjonowałam tak samo, jak wszyscy ludzie straumatyzowami: przez pierwsze lata człowiek sobie z tego nie zdaje sprawy, bo jest zbyt przejęty tym, że trzeba jakoś żyć. Ale to zaczęło stopniowo wychodzić. Znaczy, że w zasadzie, co się stało? Tego uświadamiania sobie, co się właściwie stało. I dlaczego ja jestem tu, nie tam. I dlaczego jestem pozbawiana swojej własnej gleby.

Dziś Rimma jest członkiem zarządu Polish-Jewish Heritage Foudation w Toronto. Dwa tygodnie po naszym spotkaniu, w czerwcu 2017 roku, na zlocie Stowarzyszenia Reunion 68 w izraelskiej Nahariji odzyskała polskie obywatelstwo, które utraciła w 1968 roku.

Józef Markiewicz

Współorganizator

Mecenas

Wsparcie

partner instytucjonalny